Back to home
Ludzie

Hayon kopiuje Chińczyków

Jeden z setki najważniejszych projektantów na świecie. Jamie Hayon na scenie jest jeszcze zabawniejszy, niż można by to podejrzewać po jego projektach. Śmiech, który wywołuje jest jednak bardzo twórczy.

Projekty Jaime Hayona to rzeczy użyteczne. Ale gdy patrzymy na nie, gdy ich używamy, ma się nieodparte wrażenie, że ktoś nieustannie puszcza do nas oko. Hiszpański twórca gra z przyzwyczajeniami, znanymi, utartymi formami i kształtami. Ma olbrzymie poczucie humoru – to widać nie tylko w jego projektach, ale też na scenie. Gdy podczas tegorocznego Łódź Design Festival opowiadał o swojej pracy dało się wyczuć luz, który daje swobodę artystyczną.
Poczucie humoru Hayona inne jest jednak, niż to, które prezentował Job Smeets. Więcej w nim otwartości, dystansu do siebie i własnej oraz cudzej twórczości. Jego postawa jest otwierająca. Smeets lubi zgryw albo prowokację. Hayon raczej się bawi. Jak dziecko. Pokazał, że jest mistrzem w nieoczywistej interpretacji rzeczywistości, a poczucie humoru jest do tego doskonałym narzędziem.

Jestem serio zabawny

Jamie Hayon (rocznik 1974) pierwszy raz jako twórca zaistniał instalacjami MDB (to skrót od „śródziemnomorski cyfrowy barok”) i Mon Cirque (tu sięgał do onirycznych, surrealistycznych wizji). Jeśli spojrzeć na jego portfolio, od początku pracuje z największymi markami. Jego prace są w ofercie Fritz Hansen, Moooi, b.d. Barcelona Design, Bisazza, Metalarte, Se London czy Baccarat.

Projektuje wnętrza, ma własną markę zegarków i ubrań („Nie muszę pracować dla pieniędzy. Mam ich wystarczająco. Mogę projektować tylko dla siebie” – tłumaczy).
Pierwsze, a potem i liczne kolejne prace sprawiły, że stał się jedną z twarzy nowej grupy projektantów. To nurt, który zaciera granice między sztuką, dekoracją i projektowaniem. To dość charakterystyczne, że element rzemiosła jest w jego twórczości bardzo istotny. Podkreślał to już zresztą na wykładzie w Łodzi:

Zaczynałem od ceramiki. Bo to najłatwiej dostępny materiał dla biednych ludzi z Hiszpanii. Z niego możemy równie łatwo stworzyć coś bezwartościowego jak i cennego – mówił.

O swoistym renesansie rzemiosła pisaliśmy zresztą przy okazji relacji z tegorocznych iSaloni. Choć trzeba przyznać, że sam projektant do tego typu imprez stosunek ma ambiwalentny. Targi w Mediolanie przyrównał trochę do cmentarza, mówiąc o przechadzających się po halach smutnych projektantach. Nie traktuje do końca serio profesjonalistów („Jestem taki trochę serious fun”).

Rzemieślnik nowej ery

Jamie Hayon w nurcie nowego rzemiosła odnajduje się od dawna. Zwracał uwagę na wartość badania tradycji wytwórczych i przenoszenia doświadczeń pokoleń na to, co powstaje dziś. Jest więc w pewnym sensie tradycjonalistą – woli bowiem kontynuację, ewolucję, niż rewolucję.
Z tej filozofii korzystał, gdy podglądał lokalną fabrykę produkującą figurki z porcelany. Wziął ich technologie, ale nie styl. Nie chciał tworzyć bibelotów dla babć – jak wspominał. Stworzył „nowoczesne” odpowiedniki. Bez aniołków, ślicznych pucołowatych dzieci, ale bardziej realistyczne, dzisiejsze. Figurki pokazujące np. rodzinę ubraną w dzisiejsze stroje, z dzieckiem przebranym za zajączka.

 

Tak samo było przy pracy z kryształami dla marki Baccarat. Najpierw poznał technologie, materiał, odrzucił przestarzałe formy i stworzył kryształowe wazy-cukierki.

Technologia daje możliwości rzemiosłu. Krzesło inspirowane ananasem nie powstałoby, jeśli nie byłoby narzędzi, które pozwalają je wyprodukować – podkreśla, dając do zrozumienia: idee czasami potrzebują czegoś więcej, niż tylko utalentowanego twórcy, by się ziścić.

Jego własna planeta

Rzemieślnicze odniesienia w twórczości Hayona sprawiają, że trudno sklasyfikować czym jest jego twórczość. Łódzki wykład był podróżą między designem i sztuką.

Pracuję między tymi dwoma obszarami i tak naprawdę nie wiem, który lubię bardziej – mówił projektant.

Opowiadał o swoim postrzeganiu procesu projektowego – zarówno od technicznej jak i emocjonalnej strony. Jego zdaniem stworzenie przedmiotu to nie wszystko – liczy się też historia wokół niego. Zarówno to, co poprzedza proces kreacji, dochodzenie narracyjne do formy, jak też opowiadanie historii wokół gotowego produktu.

Mocny pomysł, punkt widzenia, idea, wątek – one są najważniejsze w przekonywaniu producentów – przekonywał trochę ironicznie, ale – tak to brzmiało – szczerze.

Tytuł wykładu „Forma podąża za funkcją i co dalej?” trzeba by więc rozszerzyć o sformułowanie „i co wcześniej?”. Harfa, ananas, tulące się pingwiny – jak pokazywał Hayon te wszystkie elementy wystarczą, by wpaść na pomysł nowego mebla.
Można też być odrobinę twórczo złośliwym.

Chińczycy wszystko kopiują, więc ja skopiowałem Chińczyków. Zrobiłem lampę inspirowaną ich wazami – przyznał z uśmiechem na twarzy projektant.

W ten sposób powstała lampa Chinoz dla marki Parachilna. Produkt prosty, zabawny i budzący wiele, głównie pozytywnych skojarzeń.

Rzeczy mają czynić wnętrza lepszymi – podsumował Hayon.

Posłuchajcie go.

Foto mat. prasowe producentów oraz Łódź Design Festival
Dowiedz się więcej o Jamie Hayonie
Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Polecamy
Polecamy